Plastusie mi tu wpadły…

Czyli dzieci ulepiły, a ja już kombinuję jak to wykorzystać.

Tak się złożyło, że obie córki były w domu, trochę przeziębione, a na pewno mocno znudzone. Ale ja wiedziałam, że tak będzie, więc zawczasu zaopatrzyłam się w plastelinę.

Po dłużej chwili spokoju weszłam do pokoju, a tam na stole stała „uczta”. Tak to dzieło zostało nazwane przez autorkę. Tak mi się te słodkie małe jedzonko spodobało, że aż zrobiłam zdjęcie, żeby nie uciekło. Bo wiadomo, że jakie piękne by to nie było, prędzej czy później wyląduje zgniecione pod kapciem, wtarte w dywan, albo zakopane w pościeli. Taki już los plasteliny.

A że ostatnio moje myśli na widok dziecięcych wytworów krążą z grubsza torem pt. „co można byłoby z tym zrobić”, to piknik przybrał postać cyfrową. Można powiedzieć, że utrwaliłam plastelinę. I przy okazji wspomnienie letniej wycieczki na polanę i kilka fantazyjnych zwierzątek.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.