Szlifuję diamenty?

Czyli dalej ten sam „węgiel”, a błyszczy.

W domu mam już tak wielką górę rysunków, że w dowolnej chwili mogę z nimi eksperymentować. Tylko mocy przerobowych brak. Próbując sama sobie podsumować to, co robię, przyszło mi do głowy porównanie do szlifowania diamentów. Bo te wszystkie rysunki mają w sobie coś niezwykłego, często tak słodko chaotycznego, że dorosły by na to nie wpadł. Ale jak leżą tak na stosie, na wymiętoszonych, pogiętych kartkach, albo walają się gdzieś po kątach to cały ich urok znika. A jak się je tak „obrobi”, to nie tyle widać podobieństwo do pierwowzoru, ale to po prostu wciąż są te same rysunki. Tylko, że nie da się ich tak łatwo zapomnieć.

Z tego stosu wybrałam tym razem narysowane szarym pisakiem obrazki. Były spoko „al dente”, ale po „ugotowaniu” znowu mam ochotę iść do drukarni. Tylko muszę się powstrzymać, bo całe ściany dziewczynkom zajmę, jak tak dalej pójdzie.

imprezka powędrowała do dziadków.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.